O autorze
Warszawianka, studentka Szkoły Głównej Handlowej i pasjonatka kina (szczególnie starego). Fanka Elizabeth Taylor, Joaquina Phoenixa i Martina Scorsese, która lubi w wolnym czasie pisać i czytać książki biograficzne. Kontakt: agakoseska@interia.pl

240 km w 2 dni - o "Biegaczach" rozmawiam z reżyserem Łukaszem Borowskim

youtube.com
Biegną w dzień, w nocy, w słońcu, w deszczu. Często po lasach, górach. Nierzadko mając kontuzje i ryzykując swoje zdrowie. Setki ludzi doprowadzają się na skraj psychicznego i fizycznego wyczerpania, pokonując 240 km - po co? Odpowiedź na to pytanie, postanowił znaleźć znany z nagradzanych „3 dni wolności” reżyser Łukasz Borowski. Efekty tych poszukiwań będziecie mogli oglądać w kinach od 20 października.

Dlaczego akurat bieganie?

Kiedy usłyszałem, że istnieją zawody, podczas których ludzie przebiegają 100 km, wydało mi się to czymś magicznym i szalenie interesującym. Szybko zresztą okazało się, że są biegi dłuższe, trudniejsze, np. na dystansie 240 kilometrów. W pierwszej chwili pomyślałem, że jest coś nieprawdopodobnego w tym, że człowiek przebiega na raz taką odległość. Czułem, że za tym musi kryć się jakaś tajemnica i wielka opowieść. Bardzo chciałem dowiedzieć się, co kieruje ultrabiegaczami i gdzie znajdują motywację. Chciałem zobaczyć to na własne oczy, a potem pokazać innym.

Po filmie o bieganiu można by się spodziewać czegoś nieco innego, niż ty nakręciłeś.

Oczywiście, opowiadając o bieganiu, można mówić o satysfakcji z uprawiania sportu, ale mnie, bardziej w zjawisku biegania ultra interesuje, dlaczego właściwie ci ludzie to robią. Co takiego w nich siedzi, że muszą podjąć się wyzwania, które dla przeciętnego człowieka wydaje się dziwne, niezdrowe, wręcz niewyobrażalne. Chciałem pokazać, że w tego typu bieganiu chodzi o coś więcej niż radość z uprawiania sportu. Ultrabiegacze doświadczają czegoś, czego ludzie w normalnym życiu ani przy normalnym uprawianiu sportu nie dotykają. W bieganiu ultra kryje się coś więcej.

Brzmi, jakby wprowadzali się w inny, nieznany większości ludzi stan.

Bo trochę tak jest. Istnieje teoria, że bieganie długodystansowe pojawiło się w latach 70. jako jeden z efektów kontrkultury w USA i było jednym ze sposobów osiągania takich stanów, które może dać medytacja czy zażywanie LSD. Istnieje zresztą termin Long Slow Distance, którego akronimem jest LSD.

I po to tyle się biega?

Oczywiście potrzeba u każdego z biegaczy jest inna, ale wydaje mi się, że dążenie do stanu głębokiego kontaktu z samym sobą jest wspólnym mianownikiem. Oni czują, że żyją naprawdę w czasie takiego biegu. Ja sam bardzo chciałbym przebiec taki maraton.

Nie zniechęciłeś się, patrząc na ich zmagania?

To jest taki poziom emocji, kontaktu z rzeczywistością, możliwość zajrzenia w głąb siebie, że ciężko to porównać do czegokolwiek innego. To szansa na osiągnięcie czegoś, czego chyba nie da się poczuć, jeśli chodzi się do pracy od 9 do 17, czyli tak jak większość z nas żyje. To nowe, zupełnie inne doświadczenie życiowe.

Jak środowisko biegaczy odbiera film?

Osoby, które już widziały film, a są ultramaratończykami, powiedziały, że to pierwsza produkcja na temat biegania, która rzeczywiście pokazuje to zjawisko ich oczami i z ich punktu widzenia. Jeden z nich stwierdził, że siłą filmu jest to, że skupia się nie tylko na pokazywaniu rzeczywistości na starcie i mecie, kiedy wszyscy stoją, wiwatują, krzyczą "biegnij, biegnij!". Prawdą, którą film pokazuje, jest to, że to po prostu ogromny wysiłek. W trakcie, biegaczom towarzyszą bardzo trudne emocje, nie tylko wynikające ze zmęczenia, ale też z wielu innych rzeczy.

Czego jeszcze dowiedziałeś się od nich o ultrabieganiu?

Ultramaratończycy to nie są przypadkowi ludzie. Dysponują specjalnymi predyspozycjami psychicznymi. Weźmy taki maraton - jest dystansem perfidnie skonstruowanym, bo kończy się kilka kilometrów po momencie, gdy traci się energię, glukozę w organizmie, czyli między 35, a 40 km. Pojawiają się mroczki przed oczami, następuje kryzys. By ukończyć bieg, trzeba tę granicę przekroczyć. Spotyka to każdego maratończyka, nieważne jak bardzo jest doświadczony. Od tego momentu biegnie się już tylko siłą woli. Podobnie jest z biegami ultra. Nie ma możliwości, żeby ktoś zachował energię czy zgromadził wcześniej takie zapasy w organizmie, by wystarczyło na 2 dni, więc rzeczą decydującą przy takich zawodach jest strona mentalna.

Co jeszcze ciekawego od nich usłyszałeś?

Jeden z bohaterów, któremu przy okazji bardzo dziękuję za wszelką pomoc, ma taką wiedzę o swoim organizmie, że kiedy na początku i na końcu maratonu miał przeprowadzane badania krwi i inne, wyniki były identyczne. Ten człowiek dokładnie wie, kiedy i co zjeść, w jakim tempie się poruszać i tak dalej. Myślę, że to sytuacja z rodzaju magicznych.

A dlaczego zdecydowałeś się akurat na tę trójkę bohaterów?

Coś mnie w nich uderzyło. Szybko poczułem, że kryje się w nich coś więcej, że noszą głęboko w sobie ciekawe historie. Byli silnie zdeterminowani, bardzo chciałem dotrzeć do ich rdzenia, do tego, co ich wewnętrznie pali.

W filmie bohaterowie poruszają też tematy osobiste, jak ich do tego namówiłeś?

W czasie realizacji filmu bardzo zżyliśmy się ze sobą. A jeśli chodzi o same początki, to nie było szczególnie trudno ich przekonać. Uczciwie podchodzisz do bohatera i mówisz, jak ma to wszystko wyglądać i jak wyobrażasz sobie współpracę. Jeśli nie jesteś szczery, to taki bohater po prostu się wycofa, kiedy okaże się, że praca nad filmem wygląda inaczej. Bohaterowie po szczerej rozmowie po prostu zdecydowali się mi zaufać. Zresztą film dokumentalny może mieć terapeutyczne działanie. Spojrzenie na siebie i swoje życie na ekranie na pewno pozwala sobie wiele uświadomić.

Spodziewałeś się ciekawych historii i to się sprawdziło, a czy czymś zaskoczyli cię już w czasie kręcenia?

Rozmawiałem z wieloma biegaczami i wydawało mi się, że jestem przygotowany na wszystko. Mimo tego wielkim zaskoczeniem było to, jak bardzo zależy im, aby ukończyć bieg. Obserwowałem, jak bardzo są wyczerpani, szczególnie psychicznie. Towarzyszyły im kontuzje, ból, były schodzące paznokcie, chwile zwątpienia, strachu i samotności. To wszystko było piekielnie intensywne. Biegacze zmagali się z własnymi demonami, motywacjami - a pomimo tego wszystkiego bardzo chcieli ukończyć bieg. Byłem wręcz zszokowany poziomem ich determinacji.

Czy to nie zakrawa na szaleństwo?

Wydaje się, że czasami jest to na granicy racjonalnego myślenia. Jeżeli normalny człowiek spojrzy na przedsięwzięcie polegające na tym, że ktoś w ciągu 2 dni ma przebiec 240 km, to wydaje się to a priori co najmniej nierozsądne. Czy to jest szaleństwo? Wielu lekarzy mówi, że tak.

Jak wyglądało to od strony technicznej? Domyślam się, że warunki pracy nie były najłatwiejsze.

Naszym celem było towarzyszyć bohaterom podczas tego biegu tak długo, jak to tylko możliwe. Gdybyśmy filmowali ich tylko w niektórych momentach, nie udałoby się zarejestrować tych wyjątkowych chwil - czy to trudnych, czy wypełnionych radością. Naszą ambicją i właściwie jedynym sposobem, żeby zrobić ten film uczciwie, było towarzyszenie im przez cały czas. Poruszaliśmy się samochodami terenowymi, które jechały w pobliżu biegaczy. W każdym aucie był operator, dźwiękowiec, cały czas staraliśmy się śledzić to, co się dzieje. Musieliśmy wyczuć moment, w którym warto zacząć filmować. Ekipa podjęła ogromny wysiłek, na przykład główny operator Michał Stajniak podczas zdjęć przebiegł z kamerą 40 km. Zdarzyły się też kontuzje w czasie biegania po górach, ale wszyscy z bardzo dużym poświęceniem i zaangażowaniem to robili, za co im dziękuję.

No właśnie, jak przenieść na ekran monotonię takiego biegu, a jednocześnie nie zanudzić widza?

W filmie nie chodzi o to, żeby zawsze pokazać prawdę jeden do jednego, bo taką prawdę daje tylko kamera przemysłowa. W każdym filmie dokonuje się procesu selekcji i kombinacji. To są tysiące decyzji do podjęcia - gdzie operator skieruje kamerę, jaki obiektyw wybierze, potem jest montaż. Uzyskanie prawdy obiektywnej w filmie dokumentalnym jest niemożliwe, w ogóle w filmie nie jest możliwe, bo dodatkowo wszystko jest przefiltrowane przez wrażliwość reżysera, operatora, montażysty. Chodzi o to, żeby uchwycić istotę tematu, zresztą z tego spojrzenia twórców na dany temat bierze się wartość artystyczna.

„Biegacze” i poprzednie twoje filmy nie wyglądają jak typowe dokumenty. Odnoszę wrażenie, że są stylizowane na filmy fabularne.

To jest kwestia stylu, ale rzeczywiście uważam, że dobry film dokumentalny powinien wyglądać trochę jak fabularny, a fabularny jak dokumentalny, tzn. być taki, żeby rzeczywiście się w niego wierzyło. Najciekawsze filmy ostatnich lat to np. filmy rumuńskie, określane mianem ultrarealizmu.

Mówisz, że chciałeś dowiedzieć się, co ich tam w środku pali, że decydują się na taki bieg. W filmie jest scena, w której Agata, biegnąc, sama zadaje sobie to pytanie.

Ten bieg, a co za tym idzie film, jest pewną podróżą. Do zawodników w czasie biegu wracają pewne sprawy z codziennego życia, z którymi muszą sobie poradzić. W przypadku Agaty zdecydowanie jest to podróż w głąb siebie i myślę, że w trakcie tego biegu ona w jakiś sposób dochodzi do wielu wniosków na temat swojego życia, zwłaszcza przeszłości.

Podsumowując, czego mogą spodziewać się widzowie?

Na pewno nie jest to film, który jest poradnikiem, jeśli chcemy przebiec maraton. Nie jest to też film o tym, jak motywować się do wyjścia na codzienny trening. Wydaje mi się, że ten film próbuje sięgnąć głębiej, do rdzenia tej potrzeby, która każe bohaterom pokonać niewyobrażalny dystans. Myślę, że widzowie będą też mogli, chociaż po trosze doświadczyć emocji, które towarzyszą ultrabiegaczom.
Na koniec bardzo serdecznie dziękuję wszystkim biegaczom, który pomagali przy powstawaniu filmu. Mam nadzieję, że zobaczą w nim cząstkę siebie.
Trwa ładowanie komentarzy...