O autorze
Warszawianka, studentka Szkoły Głównej Handlowej i pasjonatka kina (szczególnie starego). Fanka Elizabeth Taylor, Joaquina Phoenixa i Martina Scorsese, która lubi w wolnym czasie pisać i czytać książki biograficzne. Kontakt: agakoseska@interia.pl

Polski blockbuster obchodzi 50 urodziny

Fot. Barbara Brylska i Jerzy Zelnik na planie "Faraona" / youtube.com
Fot. Barbara Brylska i Jerzy Zelnik na planie "Faraona" / youtube.com
Nakręcony w trzy lata, na trzech kontynentach, oparty na powieści Bolesława Prusa, nominowany do Oscara majestatyczny "Faraon" miał swoją premierę dokładnie 50 lat temu. Finansowo nie dorastał do pięt hollywoodzkim produkcjom, jednak kosztował 10 razy więcej niż przeciętny, polski film w latach 60-tych. Jak na ówczesne warunki dzieło Jerzego Kawalerowicza było efektowne i nowatorskie, czym zasłużyło sobie na miano polskiej superprodukcji.

W efekcie podjętej w 1960 roku uchwały Sekretariatu KC, nurt Szkoły Polskiej zaczął przygasać. Bardziej popularne stało się kino rozrywkowe, którego pierwszym przykładem są „Krzyżacy”. Po ich sukcesie nastąpił wysyp filmów kostiumowych, jednak „Faraon” znacznie się od nich różnił, nie tylko ze względu na akcję osadzoną w starożytności. Ograniczony budżet, ale też chęć stworzenia dzieła, które nie będzie hollywoodzkie i cukierkowe, podsunęły twórcom pomysł, by w filmie operować głównie trzema kolorami – nieba, piasku oraz ludzkiej skóry. Kawalerowicz nie chciał za wszelką cenę rekonstruować starożytnego Egiptu. Także kostiumowy miały być jedynie estetycznie zbliżone do antycznych szat. W efekcie powstała produkcja monumentalna, widowiskowa, a zarazem kameralna, w której, jak to u Kawalerowicza najważniejszy jest dramat postaci. Przez surowość, minimalizm i ascetyzm przestrzeni polską superprodukcję nazywano „anty-Kleopatrą”. „(…) Faraon był realizacją polegającą na redukcji, oszczędności i surowości, na rozumieniu kultury egipskiej w sposób, powiedziałbym, wyrafinowany. (…) Odejmowanie tworzy scenę i kulisy dla wyobraźni widza. Pokazaliśmy rzeczy niezbędne, mówiąc o istocie. To było źródłem sukcesu. Film otrzymał szlachetny blask.” – to jedno ze wspomnień opisane przez operatora Jerzego Wójcika w „Labiryncie światła”.

Grająca kapłankę Kamę Barbara Brylska została wypatrzona przez asystenta reżysera na imprezie w klubie Hybrydy. Na zdjęciach próbnych wśród innych kandydatek wyróżniła się nie tylko urodą, ale i pewnością siebie podczas kręcenia roznegliżowanych scen. Wówczas studentka drugiego roku Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej (obecnie Akademia Teatralna w Warszawie) nie miała pozwolenia na granie w filmach, tak jak i reszta uczniów, których obowiązywał narzucony przez rektora zakaz występowania na ekranie. Udało jej się otrzymać zezwolenie od samego Ministra Kultury, jednak na koniec drugiego roku gdy rektor Kreczmar zwyczajowo przeprowadzał wstępną selekcję studentów, wyczytywał jedno nazwisko – Brylska. Aktorka usłyszała od niego "Basiu, ty sobie dasz radę bez szkoły", lecz jak sama aktorka wspomina "była precedensem dla studentów", a wydalenie spowodowane burzeniem obyczajów uczelni miało być nauczką dla innych. Studia udało jej się ukończyć w 1967, tyle że na łódzkiej filmówce. Notabene takie samo „przewinienie” (z taki samym skutkiem) miał na koncie m.in. grający w „Nożu w wodzie” Zygmunt Malanowicz. Co zabawne, aktor został na studia przywrócony, a pełnometrażowy debiut Polańskiego stał się jego pracą dyplomową. Rolę tytułowego „Faraona” otrzymał zarekomendowany przez Brylską (wtedy jeszcze tylko koleżankę z roku – późnej połączyło ich uczucie) Jerzy Zelnik. Po wielu castingach aktorka wspomniała, że zna ze szkoły teatralnej pięknego, dobrze zbudowanego młodzieńca, który idealnie nadałby się do roli. Mający wówczas 18 lat aktor zyskał wielką popularność, ale dzisiaj swój występ ocena raczej negatywnie: „to jest dzieło amatora, czyli mnie (...) uczyłem się w "Faraonie" tego zawodu".

„Faraon” brał udział w konkursie głównym w Cannes, oraz otrzymał nominację do Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego (była to druga po „Nożu w wodzie” nominacja dla polskiej produkcji). Wyświetlany był w ponad 30 krajach. W 2014 roku Martin Scorsese umieścił film na liście arcydzieł kinematografii polskiej, które promował na świecie.

Utrudniające pracę wydmy ruchome, nawet 60 stopni Celsjusza w słońcu, notorycznie mdlejąca ekipa filmowa, transport rekwizytów zajmujących 27 wagonów, problem z tłumem turystów pod Wielką Piramidą (na czas kręcenia informowano turystów, że to najmniejsza spośród dwóch pozostałych jest piramidą Cheopsa), tysiące statystów (w tym żołnierze Armii Radzieckiej udający egipskie wojsko), brak możliwości bieżącego sprawdzania efektów – negatywy były wysyłane samolotem do Łodzi i tylko jedna kamera – kilka lata przygotowań i ciężkiej pracy opłaciło się, bo Kawalerowicz stworzył uniwersalną produkcję o mechanizmach sprawowania polityki oraz władzy i dzieło hieratyczne, piękne i nadal, po 50 latach wzbudzające podziw.

„Dziś, szczerze mówiąc, trudno sobie wyobrazić, że można było nakręcić film w takich warunkach. Czasami myślę, że to było wręcz niemożliwe (...). To nie jest normalne, jeżeli pudełko od taśmy kładzie się na piasku, wybija dwa jajka i one się smażą bez ognia" – tak po latach podsumował warunki pracy na planie Jerzy Wójcik.

„Faraon” miał premierę 11 marca 1966 roku.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Film
Trwa ładowanie komentarzy...