Walentynkowa odtrutka na "Pięćdziesiąt twarzy Greya"

Fot. Ryan Reynolds jako Deadpool/ youtube.com
Fot. Ryan Reynolds jako Deadpool/ youtube.com
Na początku jest pełna pościgów, wybuchów i walki scena, później poznajemy bliżej superbohatera, następnie jego ukochaną i wrogów. Nagle okazuje się, że nie będzie tak jak zwykle i bohater ma dystans do swoich nadprzyrodzonych zdolności, pojawiają się żarty i autoironia. Szkoda tylko, że mniej więcej w połowie wszystko wraca na stare, przetarte szlaki. Bohater ma załamanie, po którym następuje odrodzenie, robi się typowo romantycznie i następuje śmiertelnie poważna finałowa walka, a twórcy o chęciach przedstawienia superbohatera w sposób mniej typowy zapominają jak o minionym bólu głowy. Bohater przestaje być sarkastyczny, a raczej przestaje mieć jakikolwiek charakter i jest po prostu superbohaterem. Ale nie Deadpool.

Kolejna oparta o komiksy Marvela produkcja od pierwszych chwil zaraża optymizmem, humorem i energią. Co rzadko się udaje (nie tylko w przypadku tego typu filmów) ten wysoki poziom żartów i akcji utrzymuje praktycznie do samego końca (a nawet na napisach końcowych). Oprócz tego nieprzerwane zainteresowanie gwarantują wyjątkowo zgrabnie wplecione retrospekcje (dzięki skokom pomiędzy scenami walki, a love story zostaną zaspokojone potrzeby widzów obu płci). Jeśli ktoś, pomimo kilku ciekawych ról, nadal kojarzył Reynoldsa jako faceta od komedii romantycznych, to teraz przestanie, gwarantuję. Zarozumiałego, obcesowego, wyszczekanego i będącego (lekko mówiąc) na bakier z prawem Wilsona ciężko nie pokochać. Potrafi być jak latająca koło ucha, upierdliwa mucha, ale jednocześnie dzięki swojej odwadze wzbudza szacunek otoczenia. To recydywista, o którego bezpieczeństwo się martwimy i mężczyzna, któremu w sprawach miłosnych mocno kibicujemy. Jak na satyrę, w filmie tym otrzymujemy zaskakująco emocjonującą historię cierpiącego człowieka. Ten pełen ambiwalentnych cech bohater błyskawicznie owija sobie widza wokół palca, a widzowi jest z tym bardzo dobrze.

"Deadpool" to jak najbardziej świetna propozycja na Walentynki, i dla singli, i dla zakochanych. Chcecie zemścić się na swoich kobietach za zeszłoroczny seans nudnych jak flaki z olejem i podobnie dramatycznych co "Moda na sukces" "Pięćdziesięciu twarzy Greya"? Niestety, ale wam się nie uda, bo i panie w kinie będą bawić się wyśmienicie. Film ten efektywnie (i efektownie) odsuwa się od stereotypowych historii o superbohaterach, a na deser zgrabnie nawiązuje do popkultury. Wade Wilson ma szansę stać się nowym ulubieńcem z filmów z serii X-Men (i to nie tylko kobiet). Gdy tylko pojawią się napisy końcowe, zaczniecie tęsknić za słowotokiem Reynoldsa ubranego w czerwone gatki. Ten film jest po prostu cool, zresztą tak jak sam Deadpool. Możliwe, że najlepszy blockbuster roku.
Trwa ładowanie komentarzy...