Jennifer Lawrence z czwartą nominacją do Oscara - "Joy"

Fot. Joy/ youtube.com
Joy Mangano urodziła się w 1956 roku w Nowym Jorku. Będąc nastolatką wymyśliła przeciwpchelną obrożę dla zwierząt, jednak projektu tego nie opatentowała. Rok później podobny produkt pojawił się na rynku. Mając 34 lata wpadła na pomysł wyprodukowania mopa obrotowego - bardziej chłonnego, wygodniejszego w użyciu i wytrzymalszego. Obecnie Joy Mangano jest milionerką, znanym przedsiębiorcą i właścicielką ponad stu patentów. Na jej historii David O. Russell luźno oparł swój nowy film z Jennifer Lawrence w roli głównej.

To raczej standardowa historia o american dream, z tą różnicą, że Joy nie wchodzi bez zająknięcia drzwiami i oknami, gdzie tylko ma ochotę, nie ma nieskończonych pokładów pozytywnej energii, nie używa ciętego języka i zapierających dech w piersiach monologów by przesunąć na pobocze każdego, kto stanie jej na drodze do sukcesu. Nie jest pyskata, przemądrzała i wybuchowa. Czasem coś w niej drgnie i potrafi zawalczyć, ale jest zwykłą, przeciętną kobietą, która zaciska zęby, znosi aspołeczną matkę w sypialni, impulsywnego ojca i byłego męża w piwnicy, imając się różnych zajęć próbuje związać koniec z końcem, bierze głęboki oddech i idzie dalej. Wykończona Joy na kolanach naprawia przeciekające rury, użera się z całą rodziną i ze łzami w oczach znosi upokorzenia. To czyni ją bohaterką bardziej ludzką, ale też... nudniejszą, choć także średni scenariusz jest winien odczuwanej momentami monotonii. Pomimo, że Lawrence lubię i cenię, to patrząc na przez większość filmu miotającą się po domu Joy, miałam chwilami dość. Produkcja jest nieco za długa i bywa zbyt oczywista.

"Joy" nie jest pozbawiona stylu, z którego Russella już dobrze znamy. Kamera śmiga po przytulnych, ciepłych wnętrzach pokazując nam z przymrużeniem oka dramaty rodzinne. Soundtrack znowu nie zawodzi, można usłyszeć m.in. Bee Gees i The Rolling Stones. Jedną piosenkę śpiewa nawet sama Jennifer.

Oprócz nominowanej za tę rolę do Oscara Lawrence (choć młoda aktorka ma na koncie lepsze kreacje), obsadowymi smaczkami są Isabella Rossellini jako przerysowana milionerka i Virginia Madsen w roli asocjalnej, oglądającej nałogowo opery mydlane matki Joy. Ulubieńcy Russella nie mieli okazji by pokazać się z najlepszych stron - Cooper dał występ przeciętny i nawet De Niro gdzieś zniknął.

Warto wspomnieć, że przedstawiona historia jest jedynie zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Wiele przedstawionych w filmie sytuacji wydarzyło się naprawdę, jednak niektóre postaci są wymyślone.

"Joy" nie ma humoru, dynamiki i kreacji aktorskich "Poradnika pozytywnego myślenia" ani scenariusza i stylu jak "American Hustle". Jest jednak filmem dobrym, który przy nadarzającej się okazji można obejrzeć (choć nieobowiązkowo). Bohaterowie z mnóstwem niedoskonałości i wiary w lepsze jutro są pełni uroku, a cała produkcja ciepła, bo oglądając filmy Russella człowiek czuje się jak w domu.
Trwa ładowanie komentarzy...