O autorze
Warszawianka, studentka Szkoły Głównej Handlowej i pasjonatka kina (szczególnie starego). Fanka Elizabeth Taylor, Joaquina Phoenixa i Martina Scorsese, która lubi w wolnym czasie pisać i czytać książki biograficzne. Kontakt: agakoseska@interia.pl

Jolie po raz ostatni na dużym ekranie - "Nad morzem"

Fot. Jolie w "Nad morzem" / youtube.com
Poprzedzone zamieszaniem wokół rzekomego porzucenia przez Jolie kariery aktorskiej i blisko 10-letnim zainteresowaniem wokół jej związku z Bradem Pittem, "Nad morzem" zawitało do Polski z ogonem niepochlebnych recenzji. Podczas jednego z wywiadów gwiazdorska para wspomniała żartem, że jest to nieoficjalna kontynuacja „Mr&Mrs Smith”. Produkcja z 2005 roku była nieskażoną ambicją, typowo rozrywkową komedią sensacyjną, którą naprawdę nieźle się oglądało. W przypadku „Nad morzem” pod każdym względem jest odwrotnie.

Alfred Hitchcock trafnie stwierdził, że "film to życie, z którego wymazano plamy nudy". Pod tę definicję nie podpada nowy film Jolie. Czy napisanie przez Angelinę scenariusza pełnego aż za dobrze uchwyconej rutyny dnia codziennego było dobrym posunięciem? Na pewno odważnym i ryzykownym, widać, że wypełnionym ambitnymi pomysłami, ale czy udanym? Pomimo widocznych starań Jolie, obejrzenie tej nawiązującej do klasyki europejskiego kina, toczącej się w ślimaczym tempie melodramy, to nie lada wyzwanie.

Lata 70-te. Do francuskiej, nadmorskiej miejscowości przyjeżdża w rytmie „Jane B.” przechodzące kryzys, amerykańskie małżeństwo. Roland cierpi na brak pisarskiej weny, jednak to i alkohol nie są jego największymi problemami. Po 14 latach małżeństwa z Vanessą łączy go słaba już więź i bolesna przeszłość, o której nie mówią głośno. Przedstawiona historia inspirowana jest małżeństwem Scotta i Zeldy Fitzgeraldów.

Film ten w pierwszej połowie ukazuje schematyczność i powtarzalność dnia. Chyba w żadnej innej produkcji nie oglądamy tyle razy kładących się do snu postaci. „Nad morzem” można opisać jako filmowy eksperyment. Jolie chciała uchwycić żmudność drogi, jaką trzeba pokonać by dotrzeć do osoby wycofanej, zamkniętej. Ta (pozorna) obojętność Vanessy jest dobijająca i dla jej męża i dla widza. Dryfująca jak rybak, którego codziennie obserwuje, topi się w melancholii i skutecznie izoluje fizycznie i psychicznie od świata. Zanim uchyla rąbka tajemnicy tego co czuje i myśli, mija sporo czasu. To jeden z najpowolniejszych filmów jaki widziałam. Akcja (chociaż użycie tego słowa to lekkie nadużycie) rozkręca się bardzo długo. W drugiej połowie (gdy obejrzeliśmy już Rolanda pod wpływem każdego możliwego trunku i jego żonę emanującą smutkiem, w każdym możliwym miejscu w okolicy) pojawia się oś fabularna. Vanessa, która szybko dostrzega dziurę w hotelowej ścianie, zaczyna z coraz większym zainteresowaniem i większą częstotliwością podglądać świeżo upieczone, uprawiające całą dobę seks małżeństwo. To noszące znamiona obsesji zajęcie staje się punktem zwrotnym w jej… małżeństwie.

Złośliwi mogliby zarzucić Jolie megalomanię. Niezmienne posągowo piękna (jakby to powiedziała brzydsza siostra Kopciuszka ze "Shreka" - "twarz to jej chyba Michał Anioł dłutem haratał”), zachwyca czy stoi czy leży. Czasem też siedzi, ale zawsze milczy i pije. „Nad morzem” to luksusowy żurnal, w którym Angelina jest jedyną modelką. Stwierdzenie, że większość scen to ujęcia Vanessy, która się gapi, nie będzie przesadą. Po prostu gapi, a my możemy tylko domyślać się co siedzi w jej głowie. Jolie nie była dla siebie hojna rozpisując dialogi. Roland z nierealnym uporem, psim oddaniem i nieskończonymi pokładami wyrozumiałości próbuje dotrzeć do pięknej i modnie ubranej żony. W filmie dialogów jest niewiele i są bardzo proste, jednak jest kilka bardzo zabawnych linijek, które brzmią jeszcze lepiej dzięki talentowi Angeliny. Film ma swoje dobre momenty, szczególnie gdy Jolie i Pitt stają twarzą w twarz, jednak zważywszy na fakt, że grają małżeństwo, zdarza się to zaskakująco rzadko. Oboje dali z siebie wszystko, ale scenariusz nie tworzy wielu szans (szczególnie Angelinie) na pokazanie się z najlepszej strony.

Seksualność ludzka, kryzys w małżeństwie, psychika kobiet, wojeryzm – to tematy, do których Jolie podeszła w bardzo ciekawy sposób. Trzeba zresztą przyznać, że nie wybrała sobie łatwej drogi. Zrobiła trzeci, zupełnie inny film, w którym czuć jej ogromne ambicje, lecz trzeba być bardzo cierpliwym żeby oprzeć się uczuciu nudy albo bardzo lubić Angelinę żeby czerpać przyjemność z patrzenia jak spędza ponad 2 godziny z kieliszkiem w ręku. „Nad morzem” nie jest efekciarskim studium depresji pełnym dramatów, prób samobójstw i kłótni. Ten film to codzienność, rutyna, brak sensu, celu i pustka. Vanessa i Roland to nie żywiołowi, pełni agresji, ale i chęci do życia Taylor i Burton. Jeśli „Nad morzem” warto zobaczyć to raczej dlatego, że to film-ciekawostka, czy film-eksperyment, a nie przyjemnie oglądająca się produkcja. Pisząc dosadniej - to zbiór ujęć podczas których bohaterzy piją, palą i śpią. Czasem rozmawiają i wtedy robi się ciekawie, ale tych kilka scen nie rekompensuje reszty. "Nad morzem" bywa urocze, bywa przejmujące, bywa nawet zabawne, ale tylko bywa. Spodoba się jedynie wąskiej grupie widzów.
Trwa ładowanie komentarzy...